W Krainie Wieżowców – Hongkong cz.1

Podróż do Hongkongu zaplanowaliśmy mniej więcej pół roku przed wyjazdem. Korzystając z dobrej oferty linii British Airways postanowiliśmy kupić bilety do tego chińskiego miasta/państwa. Oczywiście jak to my postanowiliśmy urozmaicić nasz wyjazd o dodatkowe atrakcje. Tym razem dodaliśmy kilkudniowy wypad do stolicy Tajlandii – Bangkoku :). Ostateczny plan podróży wyglądał następująco:

  1. 6-10 listopad Hongkong
  2. 10-14 listopad Bangkok
  3. 14 – 16 listopad Hongkong

Dużym plusem wybranego połączenia było to, że zarówno rozpoczynaliśmy jak i kończyliśmy w Warszawie, dzięki czemu nie musieliśmy tracić dużo czasu na doloty do innych miast europejskich. Wszystko mieliśmy na jednym bilecie. Do Hongkongu lecieliśmy z przesiadką na londyńskim Heathrow.

Tak jak wspomniałem podróż rozpoczęliśmy na warszawskim Okęciu. Punktualnie 30 minut przed odlotem Airbus A320 linii British Airways był gotowy na przyjęcie pasażerów na pokład:

20151106_115005

Po niecałych trzech godzinach lotu dotarliśmy na Heathrow. W Polsce rozbrzmiewało jeszcze echo Wszystkich Świętych, a na lotnisku w Londynie panowała już iście świąteczna atmosfera –  sklepy przystrojone w choinki, świąteczne łańcuchy i unoszące się z głośników świąteczne melodie pomimo, że do Świąt było jeszcze ponad półtora miesiąca…

20151106_173629

Czterogodzinna przesiadka minęła nam dość szybko. Następny etap podróży pokonaliśmy tzw. Super Jumbo czyli słynnym Airbusem A380. Trafił nam się wyjątkowo świeży egzemplarz. Pilot potwierdził, że jesteśmy jednymi z pierwszych, którzy mają okazję lecieć akurat tym konkretnym samolotem :). Podczas długiego dwunastogodzinnego lotu serwowano dwa ciepłe posiłki – kolację i śniadanie. Na kolację do wyboru były dwie opcje – kurczak lub makaron ze szpinakiem:

20151106_220802

20151106_220959

20151106_221130

Obie opcje zaskakująco smaczne :). Najedzeni do syta oddaliśmy się rozrywce pokładowej, która w Airbusie jest niezła, chociaż porównując ją m.in. do tej dostępnej w A380 linii Emirates w przypadku British Airways wypada dość blado. Mimo wszystko jest to dobra opcja na zabicie czasu jeżeli ktoś ma problemy ze snem w ciasnym wnętrzu samolotu :).

Na śniadanie znowu były dostępne dwie opcje – standardowo English Breakfast oraz tajemnicze Chicken Congee. Nauczony tym, że English Breakfast to jeden z najgorszych posiłków jakie miałem okazje jeść, bez mrugnięcia okiem wybrałem Chicken Congee. Jak się okazało istnieje coś gorszego od brytyjskiego śniadania :). Chicken Congee to coś czym zajadają się mieszkańcy Hongkongu. To nic innego jak ryżowa „owsianka” z malutkimi kawałkami kurczaka. Danie zupełnie bez smaku. Jeżeli będziecie mieli kiedykolwiek wybór pomiędzy Chicken Congee (lub innym Congee) a daniem X, wybierzcie X :).

Chicken Congee:

20151107_065025

English Breakfast:

20151107_065034

Tym razem wygrało śniadanie brytyjskie, które o dziwo było całkiem zjadliwe.

Po śniadaniu wypełniliśmy druki imigracyjne i rozpoczęliśmy zniżanie do lotniska na wyspie Chek Lap Kok.

20151107_080639

Lotnisko podobnie jak Heathrow jest ogromne. Położenie na wyspie sprawia, że lądowanie n to czysta frajda. Po wyjściu samolotu wyrywkowo sprawdzana jest temperatura ciała podróżnych. Mnie taka „przyjemność” spotkała podczas powrotu z Bangkoku, ale o tym później. Sprawna kontrola paszportowa i udajemy się do hali przylotów. Nasza kwaterka mieściła się w dzielnicy Mong Kok. Najlepszym sposobem dostania się tam była podróż autobusem lotniskowym nr A21. Jeżeli macie zamiar poruszać się po Hongkongu transportem miejskim polecam kupić kartę Octopus. Kartę doładować należy przed przejazdem. Jest to coś w rodzaju karty prepaid – wpłacamy na nią określoną sumę pieniędzy, którą możemy potem wykorzystać na przejazdu, a także płacić za różne rzeczy w sklepach sieci 7Eleven. Na lotnisku jest jeden punkt, w którym można kupić/oddać kartę. Znajduje się on tuż obok McDonaldsa i jest dobrze oznakowany. Minusem jest to, że trzeba płacić gotówką, a sama karta obciążona jest 50$ depozytu.

Jeżeli chcecie wymienić pieniądze na Dolary Hongkońskie to polecam zrobić to na lotnisku – w mieście kurs nie różni się od tego lotniskowego. Co ciekawe nawet wypłata z bankomatu była dość opłacalna.

Na lotnisku w drodze do stanowiska autobusów miejskich można podziwiać m.in. takie rzeźby:

20151107_091308

Po wyjściu z lotniska, na którym dość dobrze działa klimatyzacja uderzyło nas gorące i wilgotne powietrze. Mimo, że był to już listopad, temperatura w Hongkongu sięgała 30 stopni.

Podróż autobusem z lotniska w okolice stacji Mong Kok trwała trochę ponad godzinę. Podczas podróży mogliśmy podziwiać ‚las’ wieżowców mieszkalnych:

20151107_094332

Niemal od razu po wyjściu z autobusu zaczepiali nas hinduscy sprzedawcy zegarków, garniturów i innych pierdół :). Ciągłe zaczepki typu „watches Sir?”, „tailor, tailor” lub „cheap room” były dość irytujące. Wśród wielu natarczywych ulicznych naganiaczy trafił się jeden, który pomógł nam znaleźć interesujący nas budynek :). Żeby nie było tak łatwo, niemal w każdym tamtejszym wieżowcu znajduje się co najmniej kilkanaście hosteli a wszystkie wyglądają bardzo podobnie…

Gdy trafiliśmy do odpowiedniego budynku pierwszy szok – kolejka do windy. Były dwie windy, a tamtejszy ‚cieć’ pilnował żeby ludzie wsiadali do odpowiedniej (?). Na swoją kolejkę do windy musieliśmy czekać kilkanaście minut (!). Oczywiście wsiedliśmy do złej :). Okazało się, że jedna zatrzymuje się na piętrach parzystych, a druga na nieparzystych. Jedno piętro musieliśmy pokonać schodami,ich znalezienie nie należało do najłatwiejszych zadań. Pokój standardowy jak na warunki hongkońskie. Trzy osoby musiały się zmieścić na powierzchni mniej więcej 6 metrów kwadratowych. Jeżeli ktoś chciał przejść to dwie osoby musiały leżeć na swoich łóżkach :). Łazienka polegała na toalecie, ponad którą dumnie wisiał prysznic :). Warto przeżyć parę dni w typowym hongkońskim pokoju – docenia się wówczas ogromną wielkość naszych mieszkań w bloku :D.

Widok z okna był średnio ciekawy :):

20151107_105441

Jeszcze pierwszego dni pobytu postanowiliśmy udać się na słynną Temple Street, na której znajduje się tzw. Night Market. Ulica ta doskonale obrazuje klimat Hong Kongu:

20151107_113845

Krótki spacer:

Cała ulica świeciła neonami, a liczba reklam zawstydzała nawet nasze przerwy reklamowe w tv :). Wszechobecny tłok i zapachy sprawiły, że już pierwszego dnia poczuliśmy co to Hongkong! Sam market był słaby, mnóstwo badziewia, świecidełek, ale także i wiele stoisk z jedzeniem 🙂

20151107_120711

Ciężko było zdecydować się na miejsce odpowiednie do pierwszego posiłku. Wybraliśmy knajpkę, w której siedziało sporo ludzi. Niestety wybór był średni. Jedzenie było o dziwo bez smaku i nasz pierwszy kontakt z kuchnią hongkońską zaliczyliśmy do tych nieudanych:

20151107_125557

Oczywiście trzeba się nastawić na jedzenie pałeczkami :). Pierwszy dzień minął nam szybko, zmęczeni wróciliśmy do naszej klitki i w okamgnieniu zasnęliśmy.

Kolejnego dnia zaplanowaliśmy wycieczkę na Wielkiego Buddę. Jest to największy posąg Buddy na świecie. Posąg ten znajduje się na wyspie Lantau. Żeby się tam dostać najpierw trzeba pojechać metrem do stacji Tung Chung. Znajduje się tam wielkie centrum handlowe oraz dolna stacja kolejki linowej na Wielkiego Buddę. Wybraliśmy się tam w niedzielę. Niestety nie był to najlepszy wybór. Jeżeli wybieracie się w weekend to kupcie bilety na kolejkę przez internet. Niestety my próbowaliśmy to zrobić, ale strona internetowa akurat odmówiła posłuszeństwa… Na miejscu zobaczyliśmy, że to co pisali w internecie o gigantycznych kolejkach to prawda… Żeby kupić bilety na kolejkę staliśmy około 2.5 godziny w kilometrowej kolejce!!! Kolejne kilkadziesiąt minut trzeba odstać już z biletem w ręku…

Pomimo długiego oczekiwania w ogromnym upale było warto :). Bilety na kolejkę są drogie. Do wyboru mamy wariant ze standardową kabiną oraz tzw. crystal. Krystaliczna kabina ma przeźroczyste podłoże. Ceny to:

  • Standard 130$ HKD w obie strony
  • Crystal 188$ HKD w obie strony

My wybraliśmy opcję standardową. Podczas jazdy kolejką widoki są niesamowite! Jeżeli ktoś ma lęk wysokości i przestrzeni to na pewno jazda ta dostarczy wielu emocji :). Z kolejki doskonale widać lotnisko:

DSC_0204

Widoki są niesamowite :);

DSC_0208

Całość trasy to około 25 minut. Praktycznie non stop staliśmy wlepieni w szybę :).

Mniej więcej od połowy trasy można zobaczyć posąg Wielkiego Buddy:

DSC_0253

Pryz górnej stacji kolejki znajduje się małe miasteczko. Można tam kupić pamiątki oraz coś zjeść.

20151108_161903

My od razu udaliśmy się do celu naszej wycieczki – posągu Buddy. Do posągu prowadzi wiele schodów, ich pokonanie w 30 stopniowym upale to niemały wyczyn dla mało zaprawionych w bojach :). Trochę przypominały nam one drogę do malezyjskiego Batu Caves, na szczęście Big Buddha nie ma strażników w postaci małp :).

DSC_0295

Say Hello to Big Buddha!

20151108_165115

Posąg Buddy został odsłonięty w 1993 roku i od tamtej pory jest największym posągiem przedstawiającym Buddę na świecie.

DSC_0315

Tuż pod Buddą znajduje się sześć innych posągów buddyjskich. Oddają one hołd Wielkiemu Mistrzowi:

DSC_0313

Ze szczytu posągu można podziwiać wspaniałe krajobrazy otaczających wysp. Trafiliśmy na świetną pogodę dzięki czemu widoczność pozwalała na zobaczenie wysp znajdujących się w sąsiedztwie Hongkongu:

20151108_164303

DSC_0331

Na placu prowadzącym do posągu Wielkiego Buddy znajduje się m.in. Chińska brama:

DSC_0285

A także bardzo ładny klasztor Po Lin:

20151108_165813

20151108_170017

Będąc pod posągiem zdecydowanie warto udać się w kierunku klasztoru i zajrzeć do środka. Znajduje się tam tzw. Pagoda dziesięciu tysięcy Buddów – w jednym miejscu ustawione mamy ogromną ilość posążków różnej wielkości – wszystkie przedstawiają oczywiście Wielkiego Mistrza. Widok ten robi dość fajne wrażenie.

Droga powrotna z Wielkiego Buddy również nie była zbyt szybka. Zanim dostaliśmy się w do kolejki musieliśmy odstać mniej więcej półtorej godziny w kolejce. Na szczęście zdążyliśmy tuż przed zamknięciem :). Widoki nocne z kolejki są równie piękne jak te podczas dnia. Niestety nasze aparaty nie dawały rady uchwycić świateł miejskich wieżowców.

Na kolację wybraliśmy się do knajpki, którą polecał Tripadvisor. Tym razem również byliśmy średnio zadowoleni. Jednak i tak lepiej niż pierwszego dnia :). Oczywiście w lokalnych knajpkach należy zapomnieć o obsłudze w języku angielskim. Jeżeli dostaniecie menu w języku innym niż chiński to macie farta, w przeciwnym razie trzeba wybierać na czuja :D. My wybraliśmy makaron z mięsem i jakąś zupę. Przyzwoite, ale spodziewaliśmy się po Hongkongu czegoś więcej.

20151108_204625

Do posiłków podawana jest darmowa zielona herbata – warto użyć jednego kubka do przepłukania pałeczek. Zielona herbata ma bowiem właściwości odkażające.

Następnego dnia nasz plan zakładał podróż do Makau, stolicy światowego hazardu! Wizytę w Makau opiszemy w kolejnej części.

Do usłyszenia! 🙂

2 odpowiedzi do artykułu “W Krainie Wieżowców – Hongkong cz.1

  1. Ania

    Fajna relacja, za miesiąc ruszamy do Hongkongu i na pewno skorzystamy z Waszych rad:) Też będziemy zamieszkamy przy stacji Mong kok:)

    1. Mikołaj Autor

      Dzięki Ania! Dobry wybór co do lokalizacji noclegu :). Już niedługo na blogu druga część relacji z Hongkongu także bądź czujna ;).
      Udanego wyjazdu!